Kasiakam - Poezja

antykoncepcja

na chłodnej platformie tarasu rozlewamy cierpkie węgierskie wino pytając się nawzajem dlaczego tak dlaczego weź pigułkę dlaczego będzie pani miała lekarstwo z bardzo przyjemnym i wygodnym skutkiem ubocznym przesianie gwiazd przesiewanie gwiazd nad stawami złączonych skrzydlatym łopotem najdzikszych czapli gdzie miejsce na miłość na krzyk na rzucenie uroku na chłodną platformę tarasu na której kłócimy się o wyższość

na oklep

na koślawych domysłach przybyli bohaterowie sceny zdrady i zsiadłszy cierpliwie wysłuchali wskazówek wsparci o zegar zgodzili się wypełniać polecenia przelewu w próżne nagły błysk klucza podciął gardła wszystkim postaciom naraz sama na środku wielkiego łóżka bez zapadni zapomninam kwestii

klepsydra (błędne koło)

palce rąk chwytają palce stóp chwytają ciepłe prześcieradło pierwszy krzyk rozplata włosy związane ostatnim krzykiem zamykają się oczy otwarte daleko otwarte do głębi zaciśnięte usta nabiegłe śliną zamknięte wilgotnymi ustami nadbiegłe na moment splątane ciepłe prześcieradło wchłania pierwszy krzyk przelewa się w ostatni schwytany palcami rąk widnokrąg bez ram ciemny prostokąt pulsuje gdzie jest początek po okręgu piasek sypie się w dół czas pędzi do początku

stop

poniekąd słuszne było pytanie o wierność gdy dmuchany materac przesuwał się po gładkiej posadzce w stronę okna złociste autobusy przyzywane zachodem słońca znikały z zapachu traw na pozór bezpowrotnie twoja dłoń sucha szorstka i ciepła rozkładała talię otwartych kart pod lipowym baldachimem zasłuchani w rozbiegówki szos pytaliśmy dokąd teraz

po burzy

ostatnie grzmienie gasnąc delikatnie wstrząsa nasycone neonem błyskawicy ciało pod niebem twoich ramion łapię wreszcie oddech szczęśliwiej i spokojniej szukam twoich źrenic nasze czoła wilgotne nie deszczem zroszone pochylamy ku sobie w milczącym szeptaniu patrzę w dół nagle znowu ciemnieją mi oczy nieuchronnie kolejne szaleństwo nadciąga

Tajemnica

Gdybym mogła przywiązałabym cię do stołu żółtą wstążką długą na tyle żeby dała ci dużą swobodę przy sprzątaniu zmywaniu i podawaniu kolacji do łóżka Wstążka miałaby gumowe włókna elastyczne i dość rozciągliwe aby móc pozwolić ci chodzić na spacery - ze mną - do parku Cały tydzień karmiłabym cię surówkami bez majonezu serwowałabym też białe mięsa w czułej trosce o wieczną młodość A w niedzielę a niech tam w niedzielę wielkodusznie poluźniłabym więzy by zasiadłszy wspólnie nad schabowym kontemplować nasz udany związek

Przyjaciele

wiem że lubisz gdy podaję ci wino takie cierpkie na pewno czerwone tylko ty potrafisz w skupieniu delikatnie spokojnie niespiesznie sączyć kolor którego nie rozumiesz opowiadam o kwitnących forsycjach że ich wiotkość rozaniela błękit i o lepkich pąkach kasztanowca pękających bezgłośnie kosmatym seledynem którego nie rozumiesz ciepłą dłonią szukasz mojej dłoni nawet nie wiem czy błyszczą ci oczy jeszcze pytasz jak wygląda sroka - właśnie skrzeczy zajadle za oknem kocham uśmiech którego nie rozumiem

ballada wielkomiejska

opierzyła się wiosna topolowym puchem zielony grzbiet napina niebo pcha do góry liście sortują światło niecierpliwym ruchem wyplatają palcami migające sznury w śródmieściu gęsty przypływ spalinowej laki przepełza po chodnikach i podpływa blisko cofam się nieporadnie asfaltowe flaki wiją się w brzuchu miasta czarne wężowisko nie chcę cię moje miasto pionów i poziomów na chuj mi pleksiglasy rzygam kostką bauma płożącą się kamiennie pod fenomen klonów na chuj mi miasto moje winylowa trauma tęsknię za mierzwą chaszczy, za miąższem łopianów napuszonych, opasłych, rozpartych pod płotem, za falistymi dłońmi cierpkich dzikich chrzanów za krwawnikiem i babką za równym stukotem pociągów przetaczanych na bocznice torów w zakamarkach Olszynki przerastanych żwirem dzikich i narowistych tęsknię do ugorów zrudziałych pyłem drogi kocham miejską szmirę z grochowskich bzów wyrosłą z podmiejskiej maciejki i za czeremchy słodem węszę nadaremnie bo nie ma go od dawna czesane alejki grzecznych parków na chuj mi wiosna tylko we mnie

para

gram to tak niewiele a jednak ciężar więc wyciągam do ciebie dłonie pomóż dwa gramy na trzy-cztery więc wyciągam do ciebie dłonie teraz robi się niebezpiecznie

krzesło

krzesło jest twarde wąskie z wysokim oparciem siedzę wyprostowana tak by kręgosłup przylegał do niego mocno i głowa w jednej linii żeby nie bolało trójkątny wycinek świata wpada przez oko niczym kawałek meksykańskiego tortu a każda warstwa smakuje inaczej aż do ostatniej wiśni ciemnej i nabrzmiałej jak sutek kobiety w którą wstąpił wicher maluję swoje wnętrze farbą w kolorze piekącej papryki brunatna krew wyrzuca na czoło brwi rozwarte w sprzeciwie tam od środka mam szafirowe oczy i włosy przyprószone złotem zdartym z kopuł starych cerkwi śpiewam rozlewam wino w swawolnym rozchełstaniu tupię i wrzeszczę i znów zanoszę się śpiewem krzesło jest twarde wąskie z wysokim oparciem lecz boję się oprzeć o nie głowę a moja dłoń ułożona na kolanie taka nieruchoma boję się drgnąć aby ktoś nie zauważył

kompozycja

wyrzucone dłonią na gładki blat toczą się i podskakują jak kulki koraliki groszki przez pudło fortepianu przez lejek oboju na ksylofon na napięte skóry kotłów zsypują się w trąbkę ucha w tubkę dłoni przelatują do wnętrza porcelanowej kury gdzie dźwięk staje się nieznośny ruszają znowu przez pudło fortepianu przez lejek oboju przez gałęzie pałki tuleje po włosiu światła przez rdzeń

symfonicznie

nieznany Ravel jak hiszpańska mucha wnika między uda zaciśnięte noga na nogę hiszpański dyrygent próbuje nadawać tempo ostatni skrzypek odchyla się na krześle przy każdym crescendo jego niesforny warkoczyk kołysze się na karku własnym rytmem niedoszła oboistka z niedoszłą pianistką odbierają zamszowe kurtki w szatni a mogłyśmy być po tamtej stronie mówi bez złości

kolacja we troje

zasady umierania są umowne ja umieram ty mówisz że ładnie wyglądam i że wszystko będzie dobrze kiedy leżę w białej koszuli śmierć wyczesuje mi włosy rozrzucając je na dywanie bierzesz odkurzacz i mówisz że mam srebrzystą głowę i że wszyscy mi tego zazdroszczą wieczorami przynosisz wino żebym mogła się śmiać a czasem także zgrabne sukienki i pantofle na obcasach których stukot zagłusza skrzypienie w kolanach nocą wtulamy się w siebie staram się naśladować twoje bicie serca i oddech rano budzę się z odciśniętym na policzku fragmentem poduszki - pamiętaj zadzwoń załatw odbierz nie zapomnij - prosisz podając mi torebkę mam w niej dowód osobisty z wpisaną datą urodzenia na wypadek gdyby śmierć chciała mnie wylegitymować gdy biegnę do autobusu żeby zdążyć na pierwszą zmianę

_Gdańska_1/4

na rogu domu w białych ciężkich kwadratach napis apteka magazyn niewyczerpanych sposobów na przedłużenie życia tymczasem a ono delikatne jak opłatek którego kruche odłamki nie przynoszą ratunku ani pokładanych weń nadziei na przykład twoja dłoń bezwładna podczas snu na przyklad moje ciało kołysane bezwolnie w podróży a w środku purpurowy ukwiał blady koral mak noc jest ciepła stąpam cicho ostrożnie i przesuwam się i oddalam oddalam w tle ulicy nieruchomy neon teraz za mną i teraz przede mną

dzieli nas zaledwie chwila

mam krótką czerwoną kurtkę ty spódnicę twardą i długą aż do kostek pachnę Markiem szalik który mi dał dziś rano zachował ślad wody po goleniu twój płaszcz miesza woń chryzantem i torfu Marek umarł kilka lat temu w październiku jego choroba i tysiąc innych zdarzeń wyżłobiły na twojej twarzy monografie tajemnic dojeżdżamy zaraz pójdę na rower gdy chwytając się oburącz poręczy ostrożnie stawiasz stopy na stopniach tramwaju nasze oczy spotykają się na moment uśmiechasz się do mnie jak do siebie gdzieś czytałam o nudzie w twoich wierszach ja tymczasem staram się poskromić chaos

Na Przełęczy

będąc środkiem każdej historii uporczywie wypatruje współrzędnych początku i punktów końcowych przypisanych do jej materii którymi otwiera się i zamyka rożne tajemnice na udręczenie przestrzeń widzialna ma konsystencje rozkapryszonej mgły wiązadła poruszającego zjawiskami rozkruszonymi i tymi które dopiero powstają z dzikich dlatego woda jeziora chłodzącego brzeg tego popołudnia już przewleka się przez kiedyś przedtem i kiedyś potem zapinam oczy na dwie łzy bo wiatr wieje przez zimno i ciepło jednocześnie

w chowanego

ranki pobite szklanki nowy dzień zza firanki suchym dnem toczę się po elipsie przykry dźwięk przecież wiem jestem w gipsie ledwie wzroku szybki hak łowi pasma wyobrażeń że to tak prawie tak jak za dawnych w polu głóg w głogu drży koral słów niezjedzonych w polu głóg w głogu śmierć we wsi dzwony wieczór gna czarny koń jego cwał moja broń karych grzyw chwytam się byle nie byledzień jeszcze chcę zgadnij jak z całych sił których brak buda - pies głos schrypnięty łysa kość dla zachęty gryź i bierz! bierz i gryź! jutro takie jak dziś gwiazda spada na grzbiet w popielniczce pet ranki pobite szklanki

matka siostra i inni

pora umierać powiedziała matka i przechyliła głowę na bok ale nie umarła po prostu szybko odwróciła się od tej myśli siostra pożerała arbuza siorbiąc i parskając pestkami na podwórku pieprzone gnojki wrzeszczały nad wnętrznościami porzuconej przy śmietniku lodówki kilka wróbli tłukło dziobami w parapet na którym rozkruszyłam zjełczałe ciastko a z parkingu dolatywał smród asfaltu (moje auto dojrzewało tam w słonecznej polewie) zawsze gdzieś zakorzenia się tęsknota przylepia się i depcze półkole opisane promieniem łańcucha trzeba mieć własne miejsce na ziemi pomyślałam schodząc po oplutych schodach

Lot nad nieistniejącym gniazdem

Niedostatek powietrza może stać się przyczyną zdrady takiej jaką miałeś na myśli odginając kartki kalendarza w poszukiwaniu braku czasu na rozmowę Jednak zdrada jest niemożliwa kiedy na straży stado siwych czapli czujnych i gotowych na wchłonięcie w uderzenia skrzydeł wszystkich przyziemnych lotów Zdolność przenikania nie mieści się w słowach uwięzionych bezruchem Zdolność przenikania ukryta jest w karpie bratków albo w niepozornym wdzięku dziurawca Stąd też tropienie drogi do lasu przez nieduże okienko w jeżynowych zaroślach zagarnie większy obszar pamięci niż mogłyby posiąść chybotliwe dyskusje o życiu które przecież nie przynoszą szczęścia Myśl o wzajemnym braku zrozumienia z uniesionych nad balkonem dłoni wypuszczam na wolność

Głosy

z rozsypanej nad ranem rosy ptasich śpiewów las wyłania się krucho, ostrożnie, po warstwie, dziurawiony seriami dzięciolego gniewu. zielonością rozpiętą na kukułek łgarstwie kołysze się przejrzysta, koronkowa, dzwonna młodych sosen drapieżność. cicha i postronna smak cudu odnajduję. w tej huczącej wrzawie czuję się taka drobna jak owadów plama zaznaczona kolorem w niebotycznej trawie. otwiera się przede mną najtajniejsza brama. idę wolno ku skarpie, co nad rzeki pręgą zawisa i przywabia żabich łkań potęgą. szable matowej mierzwy szybko wodę tnące, między tonią zapadłą w niepamięć, a błotem, którego grzbiet popękał pod palącym słońcem, zdają się naostrzone stokrotnym rechotem. zapadam się jak rzęsa w leśne trzęsawisko. południa zapominam. słucham. wieczór blisko. wracam do wsi. pomiędzy bzów kuliste grzywy wtacza się, tuż nad ziemią krów pękatych skarga mrucząca i żałosna. echem nieszczęśliwym przedwieczorne powietrze napełnia, bzem targa. przysiadam zasłuchana. chłód wolno narasta przesuwa się nad ogród, jak chmura pierzasta. nocy głęboki szafir ponad ziemi falą, skropiony gwiazd płonących niebieskawym drganiem wsi końce łączy śpiewnie z niezmierzoną dalą, nad prostokątem okien, nocnym psów szczekaniem.

Zorba

Nie wołaj mnie nie przywołuj nie wódź na pokuszenie bo nie odwrócę głowy na nie swoje imię Jestem jak mocne drzewo silne i wysokie co nieba wszystkie barwy wchłania ze spokojem Wspominam dzikie wiosny ziemie spękane upałem i bogate pierścienie każdej smagłej jesieni Zimowy mosiądz słońca równo wybija lata nie muszę stracić pamięci po to by nie wracać Nie wołaj więc bo nie umiesz zastąpić mi drogi zapachem twojego kraju i drżeniem buzuki przy którym popatrz dzisiaj tańczę nie twoją zorbę a przecież rozpinam ramiona lśniące od zachwytu

To jest

To jest most nad kanionem zdziwienia Można przejść albo stanąć i patrzeć Parę kroków temu spadła z ramion roztańczona zbyt lekka sukienka Teraz płaszcz noszę z lęków pobladłych taki ciężki aż do samej ziemi Zastanawia mnie spadanie śniegu W krzyk gawronów zamyślam się krzywy Żółte kwiaty między czarne wstążki Wplatam znowu choć wiem niepotrzebnie Jeszcze myślę ale już o sobie A na niebie Oriona trzy schody

Bieszczady

Chłodnej zieleni rozedrgane plamy w kotle upału smakowicie wonne głaszczę pamięcią Ta wielka tęsknota Tak mnie zabija tak mi znikać każe Za tamtą ciszę umieram codziennie przeszyta jasnym odłamkiem widzenia Że przytulona do kamiennej sofy wśród koronkowych strumieni i w słońcu Mogłabym Twoje ponamawiać serce na wieczny spokój i na wieczne szczęscie

Plantacja

Na plantacji mchu zawsze jest cisza niezależnie od pory wsłuchania Robotnicy przychodzą o świcie Bardzo wcześnie, tuż po wschodzie słońca Zakładają płócienne ubrania Wypijają bardzo szybką kawę Potem idą na mięciutkie wzgórza poszukując wciąż nowych stanowisk Układają się zawsze wygodnie z byle jakim brulionem pod ręką w którym muszą w odpowiednim czasie wpisać wszystkie marzenia i myśli O dwunastej jest przerwa. I wtedy można usiąść na specjalnych skałkach skąd rozciąga się widok na lasy i błękitne wśród lasów jeziora Przed zachodem powracają do domów obmywają obolałe plecy oglądają filmy z wartką akcją przytulając nadzwyczajne kobiety A w sobotę wszyscy ciągną do miasta na rowerach, pociągiem lub pieszo. Zaciągają się zapachem spalin, wielbią gwar i ciasnotę wszelką Zatopieni w fabrycznych wyziewach odnajdują swoje kruche szczęście i z niechęcią myślą o plantacji srebrnych mchów, gdzie pracują ciężko

Kochanie

Tu Nie przynoś bzu Niech jego wonna chmurka Z przygodnych rąk Nie cierpi mąk Niech kwitnie na podwórkach Bo właśnie tam Gdzie z mrocznych bram Kamiennym chłodem wieje Liliowy blask Dostąpi łask Da radość i nadzieję Dzieciaki, ech Przez wrzask i śmiech Po bzie jak wróble skaczą Bezpańskie psy Kochają bzy Pod nimi szlak swój znaczą Wieczorem gra Się, że kwa-fa Dziewczynom na gitarach Kto fajki ma Kto urwie bza Wiadomo, ten się stara Porannych mgieł I kocich pcheł W tym miejscu, cóż, nie łapią Szczęśliwy jest Ten bez do łez Co fioletowo kapią

Za parę lat

będziemy zawsze młodzi Z pierwszej wiosny uplotę huśtawkę z chmur do chmur przez śmiech jasny wysoko Cierpkim słońcem wybielę schody na werandę znużonej jesieni A gdy wreszcie zakwitnie za oknem Śniegokrzew srebrnocichy będę Cię bardzo kochać za te lata przy Tobie tak piękne

Wisielec

Przez chwilę zakpił sobie z życia kołysząc się beztrosko nad przewróconym stołkiem

Życie

Uchodzi za piękne to życie Mówi się że warto I wszyscy chcą długo żyć I szczęśliwie I kochać I zarabiać Uchodzi z nas pięknie to życie Powoli Niepostrzeżenie usuwa się z nas Wysnuwa się delikatną smużką że słabiej co dnia że trudniej że... przytul mnie mocno bo może damy radę Może zdążymy jeszcze I kochać I zarabiać

Psiak

Uczysz mnie radości wspaniałej rozpisanej na dzikie podskoki z brawurowym pomieszaniem tempa i skupienia Uczysz smiać sie pełnymi oczami do najprostszych zjawisk na ziemi każdym pasmem słonecznym zachłyśnięci wędrujemy Nie chcę stracic ani jednych zajęć Proszę nawet o tajne komplety gdy twe łapki zawadiacko-dumne prowadzą...

Fijoły

nie znoszę nowych mód nie znoszę męskich bród nie znoszę diety cud i coli nie cierpię kocich łkań nie cierpię pism dla pań nie cierpię zębów rwań bo boli uwielbiam piwa smak uwielbiam pychy brak uwielbiam spać na wznak w hamaku lecz nade wszystko "nad" uwielbiam pieski świat psią mądrość i psi ład psi nos co tropi ślad szaleńczy cwał pod wiatr i wykluczenie zdrad nie przeliczanie lat ignorowanie wad nie udzielanie rad nie zostawianie zadr i - już ostatni kadr - spojrzenia szach i mat

Po ślubie

Ja nie miałam białej sukienki I nie chciałam bawić się w dom Wymyśliłam być wieczną zagadką Choć na palcu obrączka Zachwyciła mnie szarość Twoich oczu oglądałam Twój uśmiech z każdej strony Osłuchałam wszystkie milczenia dokładnie, badawczo, ciekawie Pomyślałam, że można inaczej bez schematów i bez powszedniego spojrzenia na rzeczy oczywiste wytopić z życia nową formę Liczyłam chwile nadzwyczajne nie miałam chyba nawet czasu by zrozumieć, że wszystko jednak musi być tak jak przystało

Młodym

Nie prosiłam losu o tak wiele Chciałam tylko spróbować miłości Nie wierzyłam w chłopców, co przynoszą smukłe róże - całkiem bez powodu Nie wierzyłam w mężów-kapitanów którzy znają wszystkie ciepłe prądy i do głowy mi nigdy nie przyszło by się kąpać w szczęściu jak w szampanie

Miłość i zazdrość

Tam gdzie czas odmierzany księżyca wahadłem Co uderza w poranka porcelanę bladą Widzę, jak z pierwszym blaskiem na progu się kładą Moja miłość i zazdrość z pękniętym zwierciadłem Droga, którą odchodzisz na dnia krótką chwilę Wirem jest najczarniejszym mojej trwogi wiecznej Południa wypatruję, ciszy niebezpiecznej której się tylko mglistym opłatkiem posilę Cały dzień będę tkała z błahych słów ogromny płaszcz ażurowo lekki dla niepewnych ramion A gdy na słońcu zadrży sieć czerwonych znamion zgaśnie chłodno i cicho mój lęk nieprzytomny Z Twoich nagłych powrotów, co ptaków śpiew utną i przyniosą modrzewiom przed domem wytchnienie od bujania w obłokach, ja wezmę natchnienie na miłość znowu młodą i na zazdrość smutną

O pewnej krainie

Gdzie jasność malowana prosto ludzką ręką światło rozlewa dziwne nie do końca znane ciągną zgłodniałe stada ciekawością gnane łakome nowych blasków zachłanne na piękno I step to czy wieżyca na wzgórzu na brzegu gdziekolwiek się pojawia jednakowo wabi rozpostarta szeroko niczym ogon pawi przyziemne niepokoje zatrzymuje w biegu Dobrze jest topić oczy w tej przestrzeni śpiewnej gdzie kilka jest księżyców, słońca grzeją mnogie brzaski zachody pełnie jak kamienie drogie ozdabiają nieśmiało kruchość duszy biednej Lecz zanim wyschnie całkiem strumień światła zbawczy i zapanuje cisza najcichsza polarna wschodzić rozkwitać proszą tajemnicze ziarna ukradkiem w miękką ziemię wyobraźni padłszy

Co było co jest co będzie

Zapaliłam wysmukłą trociczkę o zapachu rododendrona Splatam dłonie i myśli zaplatam w letnie wianki dla letniej miłości Osypują się niezgrabnie płatki wolno rusza procesja do pełni prosto w gęste zwoje aksamitu ciepłej nocy gotowej wybaczać Jutro pewnie rumiany poranek znów przez próg mnie przeniesie pogodnie Pójdę sobie z podniesionym wzrokiem szukać kulki księżyca stopniałej aż zatrzymam się pod dziką morwą i pochylę w lipowej poświacie by położyć na otwartej dłoni parę lepkich owoców dla ciebie A ty powiesz że raczej na pewno na śniadanie wolisz zwykłą bułkę z pocałunkiem niedbałym a czasem z kropką ciszy na dziurkach po serze Papierosa powiesisz na ustach i pomachasz chwilę lewą nogą Sprawdzisz klucze, zegarek i portfel czubki butów prowadzą na wolność

żółto zielony

Czemu spieszysz się ciągle spieszysz Już rumienią się zielone wiśnie Nie musimy ścigać się z wiosną Kto pierwszy do czerwcowych wieczorów W cichym lesie nad złotawą strugą jedwabiście rozgarniemy zieleń ułożymy tam wszystkie zmartwienia troskliwie niech trochę obeschną Ja wypiję żółtą lemoniadę i w zadumie przygryzę źdźbło trawy Ty poprowadzisz oczy za zielonym żukiem zazdroszcząc mu pancerza Więc poproszę cytrynowe motyle by tańczyły dla ciebie na puentach bo ja sama tak przecież nie umiem a tak bardzo chcę cię rozweselić

Matka

Coś napomknął o twardych regułach z wykałaczką przy zębach powiedział że wypadło mu oko w sygnecie i że odda to vidio w cholerę Szarpnął nożem plasterek łososia Matka szybko chlipnęła ze szklanki łyk żubrówki na kiego z tym sokiem kostkę cukru wrzuciła do torby A gdy znowu zadzwonił telefon uwieszony u skórzanych spodni obrzuciła praktycznym spojrzeniem rozłożoną na kolanach serwetkę

Grochowskie bzy

Kochanie Tu Nie przynoś bzu Niech jego wonna chmurka Z przygodnych rąk Nie cierpi mąk Niech kwitnie na podwórkach Bo właśnie tam Gdzie z mrocznych bram Kamiennym chłodem wieje Liliowy blask Dostąpi łask Da radość i nadzieję Dzieciaki, ech Przez wrzask i śmiech Po bzie jak wróble skaczą Bezpańskie psy Kochają bzy Pod nimi szlak swój znaczą Wieczorem gra Się, że kwa-fa Dziewczynom na gitarach Kto fajki ma Kto urwie bza Wiadomo, ten się stara Porannych mgieł I kocich pcheł W tym miejscu, cóż, nie łapią Szczęśliwy jest Ten bez do łez Co fioletowo kapią

S

Satynowego szala świetlisty splot Spowijający szczupłą szyję Szóstym szelestem Skusił szatana Skulony śledził Smukłą sylwetkę Skreśloną skąpą suknią Strzelał ślepiami Szeptał szalone słowa Szamotał się, szalał, szarpał sierść Samczo smakował Szczegóły świetnej szatynki Szykował sprytny skok, Sumował siły Szampan szumiał Suto skrapiał świecące szminki Stał się sprawcą Skrzących spojrzeń Sekretnych salonowych spotkań Skwarnej samby Scalającej samotnych Spłynął ... Smolistym smokingiem strącił szkło - schylony: Schwycił stopę swej ślicznotki Scałował sandałek, Seks? - spytał szybko - Słaby śmiech Sperlił się słodko Stanęły skoczne sutki Spłonęła szerokim szkarłatem Smagnięciem stłumiła Stukot serca szarlatana Spragnieni szukali siebie Spalając sypialnie Smagając skandalem Struchlałą starszyznę Stokrotnie symulowali szczytowanie Szlochając Skowycząc suczo Srebrny szal Symbol szyku Sfrunął śliską smugą Splątany smętnym supłem Smutna szatynka siedziała sama Spijając spienione szampany Sandałek spadł Starła się szminka Służba sprzątała szurając stołami Spaliłabym skręta- szepnęła satanicznie -Spektakl skończony