antykoncepcja
na chłodnej platformie tarasu
rozlewamy cierpkie węgierskie wino
pytając się nawzajem
dlaczego tak
dlaczego weź pigułkę
dlaczego będzie pani miała lekarstwo
z bardzo przyjemnym
i wygodnym skutkiem ubocznym
przesianie gwiazd
przesiewanie gwiazd nad stawami
złączonych skrzydlatym łopotem
najdzikszych czapli
gdzie miejsce na miłość
na krzyk
na rzucenie uroku
na chłodną platformę tarasu
na której kłócimy się
o wyższość
na oklep
na koślawych domysłach
przybyli bohaterowie sceny zdrady
i zsiadłszy
cierpliwie wysłuchali wskazówek
wsparci o zegar
zgodzili się wypełniać polecenia przelewu w próżne
nagły błysk klucza podciął gardła wszystkim postaciom
naraz
sama na środku wielkiego łóżka bez zapadni
zapomninam kwestii
klepsydra
(błędne koło)
palce rąk chwytają palce stóp chwytają ciepłe prześcieradło
pierwszy krzyk rozplata włosy związane ostatnim krzykiem
zamykają się oczy otwarte daleko otwarte do głębi zaciśnięte
usta nabiegłe śliną zamknięte wilgotnymi ustami nadbiegłe
na moment splątane ciepłe prześcieradło wchłania pierwszy krzyk
przelewa się w ostatni schwytany palcami rąk widnokrąg bez ram
ciemny prostokąt pulsuje gdzie jest początek
po okręgu piasek sypie się w dół
czas pędzi do początku
stop
poniekąd słuszne było pytanie o wierność
gdy dmuchany materac przesuwał się po gładkiej posadzce
w stronę okna
złociste autobusy przyzywane zachodem słońca
znikały z zapachu traw na pozór bezpowrotnie
twoja dłoń sucha szorstka i ciepła
rozkładała talię otwartych kart pod lipowym baldachimem
zasłuchani w rozbiegówki szos
pytaliśmy dokąd teraz
po burzy
ostatnie grzmienie
gasnąc
delikatnie wstrząsa
nasycone neonem błyskawicy
ciało
pod niebem twoich ramion
łapię wreszcie oddech
szczęśliwiej i spokojniej
szukam twoich źrenic
nasze czoła wilgotne
nie deszczem zroszone
pochylamy ku sobie
w milczącym szeptaniu
patrzę w dół
nagle znowu ciemnieją mi oczy
nieuchronnie kolejne szaleństwo
nadciąga
Tajemnica
Gdybym mogła
przywiązałabym cię do stołu
żółtą wstążką
długą na tyle
żeby dała ci dużą swobodę
przy sprzątaniu
zmywaniu
i podawaniu kolacji
do łóżka
Wstążka miałaby gumowe włókna
elastyczne i dość rozciągliwe
aby móc pozwolić ci chodzić
na spacery - ze mną - do parku
Cały tydzień karmiłabym cię
surówkami bez majonezu
serwowałabym też białe mięsa
w czułej trosce
o wieczną młodość
A w niedzielę
a niech tam
w niedzielę
wielkodusznie poluźniłabym więzy
by zasiadłszy wspólnie nad schabowym
kontemplować nasz udany związek
Przyjaciele
wiem że lubisz gdy podaję ci wino
takie cierpkie na pewno czerwone
tylko ty potrafisz w skupieniu
delikatnie spokojnie niespiesznie
sączyć kolor
którego nie rozumiesz
opowiadam o kwitnących forsycjach
że ich wiotkość rozaniela błękit
i o lepkich pąkach kasztanowca
pękających bezgłośnie kosmatym
seledynem
którego nie rozumiesz
ciepłą dłonią szukasz mojej dłoni
nawet nie wiem czy błyszczą ci oczy
jeszcze pytasz jak wygląda sroka
- właśnie skrzeczy zajadle za oknem
kocham uśmiech
którego
nie rozumiem
ballada wielkomiejska
opierzyła się wiosna topolowym puchem
zielony grzbiet napina
niebo pcha do góry
liście sortują światło niecierpliwym ruchem
wyplatają palcami migające sznury
w śródmieściu gęsty przypływ spalinowej laki
przepełza po chodnikach
i podpływa blisko
cofam się nieporadnie
asfaltowe flaki wiją się w brzuchu miasta
czarne wężowisko
nie chcę cię moje miasto pionów i poziomów
na chuj mi pleksiglasy
rzygam kostką bauma płożącą się kamiennie
pod fenomen klonów
na chuj mi
miasto moje
winylowa trauma
tęsknię za mierzwą chaszczy,
za miąższem łopianów napuszonych, opasłych, rozpartych pod płotem,
za falistymi dłońmi cierpkich dzikich chrzanów
za krwawnikiem i babką
za równym stukotem pociągów przetaczanych na bocznice torów
w zakamarkach Olszynki przerastanych żwirem
dzikich i narowistych
tęsknię do ugorów zrudziałych pyłem drogi
kocham miejską szmirę z grochowskich bzów wyrosłą
z podmiejskiej maciejki
i za czeremchy słodem węszę nadaremnie
bo nie ma go od dawna
czesane alejki
grzecznych parków na chuj mi
wiosna tylko we mnie
para
gram
to tak niewiele
a jednak ciężar
więc wyciągam do ciebie dłonie
pomóż
dwa gramy
na trzy-cztery
więc wyciągam do ciebie dłonie
teraz robi się
niebezpiecznie
krzesło
krzesło jest twarde wąskie
z wysokim oparciem
siedzę wyprostowana tak
by kręgosłup przylegał do niego
mocno
i głowa w jednej linii
żeby nie bolało
trójkątny wycinek świata
wpada przez oko
niczym kawałek meksykańskiego tortu
a każda warstwa smakuje inaczej
aż do ostatniej wiśni
ciemnej i nabrzmiałej
jak sutek kobiety
w którą wstąpił wicher
maluję swoje wnętrze
farbą w kolorze piekącej papryki
brunatna krew
wyrzuca na czoło brwi
rozwarte w sprzeciwie
tam od środka
mam szafirowe oczy i włosy
przyprószone złotem
zdartym z kopuł starych cerkwi
śpiewam
rozlewam wino w swawolnym rozchełstaniu
tupię i wrzeszczę
i znów zanoszę się
śpiewem
krzesło jest twarde wąskie
z wysokim oparciem
lecz boję się oprzeć o nie głowę
a moja dłoń ułożona na kolanie
taka nieruchoma
boję się drgnąć
aby ktoś nie zauważył
kompozycja
wyrzucone dłonią
na gładki blat
toczą się i podskakują
jak kulki
koraliki
groszki
przez pudło fortepianu
przez lejek oboju
na ksylofon
na napięte skóry kotłów
zsypują się
w trąbkę ucha
w tubkę dłoni
przelatują
do wnętrza porcelanowej kury
gdzie dźwięk staje się nieznośny
ruszają znowu
przez pudło fortepianu
przez lejek oboju
przez gałęzie
pałki
tuleje
po włosiu światła
przez rdzeń
symfonicznie
nieznany Ravel
jak hiszpańska mucha
wnika między uda
zaciśnięte
noga na nogę
hiszpański dyrygent
próbuje nadawać tempo
ostatni skrzypek
odchyla się na krześle
przy każdym
crescendo
jego niesforny warkoczyk
kołysze się
na karku
własnym rytmem
niedoszła oboistka
z niedoszłą pianistką
odbierają zamszowe kurtki
w szatni
a mogłyśmy być
po tamtej stronie
mówi
bez złości
kolacja we troje
zasady umierania są umowne
ja umieram
ty mówisz że ładnie wyglądam
i że wszystko będzie dobrze
kiedy leżę w białej koszuli
śmierć wyczesuje mi włosy
rozrzucając je na dywanie
bierzesz odkurzacz i mówisz
że mam srebrzystą głowę
i że wszyscy mi tego zazdroszczą
wieczorami przynosisz wino
żebym mogła się śmiać
a czasem także zgrabne sukienki
i pantofle na obcasach
których stukot zagłusza
skrzypienie w kolanach
nocą wtulamy się w siebie
staram się naśladować twoje bicie serca
i oddech
rano budzę się z odciśniętym na policzku
fragmentem poduszki
- pamiętaj zadzwoń załatw odbierz
nie zapomnij - prosisz
podając mi torebkę
mam w niej dowód osobisty
z wpisaną datą urodzenia
na wypadek
gdyby śmierć chciała mnie wylegitymować
gdy biegnę do autobusu
żeby zdążyć na pierwszą zmianę
_Gdańska_1/4
na rogu domu
w białych ciężkich kwadratach
napis
apteka
magazyn niewyczerpanych sposobów
na przedłużenie życia
tymczasem
a ono delikatne jak opłatek
którego kruche odłamki nie przynoszą ratunku
ani pokładanych weń nadziei
na przykład
twoja dłoń bezwładna podczas snu
na przyklad
moje ciało kołysane bezwolnie w podróży
a w środku
purpurowy ukwiał
blady koral
mak
noc jest ciepła
stąpam cicho
ostrożnie
i przesuwam się
i oddalam
oddalam
w tle ulicy
nieruchomy neon
teraz za mną
i teraz przede mną
dzieli nas zaledwie chwila
mam krótką czerwoną kurtkę
ty spódnicę twardą i długą aż do kostek
pachnę Markiem
szalik który mi dał dziś rano
zachował ślad wody po goleniu
twój płaszcz
miesza woń chryzantem i torfu
Marek umarł kilka lat temu w październiku
jego choroba i tysiąc innych zdarzeń
wyżłobiły na twojej twarzy
monografie tajemnic
dojeżdżamy
zaraz pójdę na rower
gdy chwytając się oburącz poręczy
ostrożnie stawiasz stopy na stopniach tramwaju
nasze oczy spotykają się na moment
uśmiechasz się do mnie
jak do siebie
gdzieś czytałam o nudzie w twoich wierszach
ja tymczasem
staram się poskromić chaos
Na Przełęczy
będąc środkiem każdej historii
uporczywie wypatruje
współrzędnych początku
i punktów końcowych
przypisanych do jej materii
którymi otwiera się
i zamyka
rożne tajemnice
na udręczenie
przestrzeń widzialna
ma konsystencje
rozkapryszonej mgły
wiązadła poruszającego
zjawiskami rozkruszonymi
i tymi
które dopiero powstają
z dzikich
dlatego woda jeziora
chłodzącego brzeg
tego popołudnia
już przewleka się
przez
kiedyś przedtem
i kiedyś potem
zapinam oczy
na dwie łzy
bo wiatr wieje
przez zimno i ciepło
jednocześnie
w chowanego
ranki
pobite szklanki
nowy dzień zza firanki
suchym dnem
toczę się po elipsie
przykry dźwięk
przecież wiem
jestem
w gipsie
ledwie wzroku szybki hak
łowi pasma wyobrażeń
że to tak
prawie tak
jak za dawnych
w polu głóg
w głogu drży koral słów
niezjedzonych
w polu głóg
w głogu śmierć
we wsi dzwony
wieczór gna
czarny koń
jego cwał
moja broń
karych grzyw chwytam się
byle nie
byledzień
jeszcze chcę
zgadnij jak
z całych sił
których brak
buda - pies
głos schrypnięty
łysa kość
dla zachęty
gryź i bierz!
bierz i gryź!
jutro takie
jak dziś
gwiazda spada na grzbiet
w popielniczce
pet
ranki
pobite szklanki
matka siostra i inni
pora umierać
powiedziała matka
i przechyliła głowę na bok
ale nie umarła
po prostu szybko odwróciła się
od tej myśli
siostra pożerała arbuza siorbiąc
i parskając pestkami
na podwórku pieprzone gnojki wrzeszczały
nad wnętrznościami
porzuconej przy śmietniku lodówki
kilka wróbli tłukło dziobami w parapet
na którym rozkruszyłam zjełczałe ciastko
a z parkingu dolatywał smród asfaltu
(moje auto dojrzewało tam
w słonecznej polewie)
zawsze gdzieś zakorzenia się tęsknota
przylepia się i depcze półkole
opisane promieniem łańcucha
trzeba mieć własne miejsce na ziemi
pomyślałam schodząc po oplutych schodach
Lot nad nieistniejącym gniazdem
Niedostatek powietrza
może stać się przyczyną zdrady
takiej jaką miałeś na myśli
odginając kartki kalendarza
w poszukiwaniu braku czasu
na rozmowę
Jednak zdrada jest niemożliwa
kiedy na straży stado siwych czapli
czujnych i gotowych na wchłonięcie
w uderzenia skrzydeł
wszystkich przyziemnych lotów
Zdolność przenikania
nie mieści się w słowach
uwięzionych bezruchem
Zdolność przenikania
ukryta jest w karpie bratków
albo w niepozornym wdzięku dziurawca
Stąd też tropienie drogi do lasu
przez nieduże okienko
w jeżynowych zaroślach
zagarnie większy obszar pamięci
niż mogłyby posiąść
chybotliwe dyskusje o życiu
które przecież
nie przynoszą
szczęścia
Myśl o wzajemnym braku zrozumienia
z uniesionych nad balkonem dłoni
wypuszczam na wolność
Głosy
z rozsypanej nad ranem rosy ptasich śpiewów
las wyłania się krucho, ostrożnie, po warstwie,
dziurawiony seriami dzięciolego gniewu.
zielonością rozpiętą na kukułek łgarstwie
kołysze się przejrzysta, koronkowa, dzwonna
młodych sosen drapieżność. cicha i postronna
smak cudu odnajduję. w tej huczącej wrzawie
czuję się taka drobna jak owadów plama
zaznaczona kolorem w niebotycznej trawie.
otwiera się przede mną najtajniejsza brama.
idę wolno ku skarpie, co nad rzeki pręgą
zawisa i przywabia żabich łkań potęgą.
szable matowej mierzwy szybko wodę tnące,
między tonią zapadłą w niepamięć, a błotem,
którego grzbiet popękał pod palącym słońcem,
zdają się naostrzone stokrotnym rechotem.
zapadam się jak rzęsa w leśne trzęsawisko.
południa zapominam. słucham. wieczór blisko.
wracam do wsi. pomiędzy bzów kuliste grzywy
wtacza się, tuż nad ziemią krów pękatych skarga
mrucząca i żałosna. echem nieszczęśliwym
przedwieczorne powietrze napełnia, bzem targa.
przysiadam zasłuchana. chłód wolno narasta
przesuwa się nad ogród, jak chmura pierzasta.
nocy głęboki szafir ponad ziemi falą,
skropiony gwiazd płonących niebieskawym drganiem
wsi końce łączy śpiewnie z niezmierzoną dalą,
nad prostokątem okien, nocnym psów szczekaniem.
Zorba
Nie wołaj mnie
nie przywołuj
nie wódź na pokuszenie
bo nie odwrócę głowy
na nie swoje imię
Jestem jak mocne drzewo
silne i wysokie
co nieba wszystkie barwy
wchłania ze spokojem
Wspominam dzikie wiosny
ziemie spękane upałem
i bogate pierścienie
każdej smagłej jesieni
Zimowy mosiądz słońca
równo wybija lata
nie muszę stracić pamięci
po to
by nie wracać
Nie wołaj więc
bo nie umiesz
zastąpić mi drogi
zapachem twojego kraju
i drżeniem buzuki
przy którym
popatrz
dzisiaj
tańczę nie twoją zorbę
a przecież rozpinam ramiona
lśniące od zachwytu
To jest
To jest most nad kanionem zdziwienia
Można przejść albo stanąć i patrzeć
Parę kroków temu spadła z ramion
roztańczona zbyt lekka sukienka
Teraz płaszcz noszę z lęków pobladłych
taki ciężki aż do samej ziemi
Zastanawia mnie spadanie śniegu
W krzyk gawronów zamyślam się krzywy
Żółte kwiaty między czarne wstążki
Wplatam znowu
choć wiem
niepotrzebnie
Jeszcze myślę
ale już o sobie
A na niebie
Oriona trzy schody
Bieszczady
Chłodnej zieleni rozedrgane plamy
w kotle upału smakowicie wonne
głaszczę pamięcią
Ta wielka tęsknota
Tak mnie zabija
tak mi znikać każe
Za tamtą ciszę
umieram codziennie
przeszyta jasnym odłamkiem widzenia
Że przytulona do kamiennej sofy
wśród koronkowych strumieni
i w słońcu
Mogłabym Twoje ponamawiać serce
na wieczny spokój
i na wieczne szczęscie
Plantacja
Na plantacji mchu zawsze jest cisza
niezależnie od pory wsłuchania
Robotnicy przychodzą o świcie
Bardzo wcześnie, tuż po wschodzie słońca
Zakładają płócienne ubrania
Wypijają bardzo szybką kawę
Potem idą na mięciutkie wzgórza
poszukując wciąż nowych stanowisk
Układają się zawsze wygodnie
z byle jakim brulionem pod ręką
w którym muszą w odpowiednim czasie
wpisać wszystkie marzenia i myśli
O dwunastej jest przerwa. I wtedy
można usiąść na specjalnych skałkach
skąd rozciąga się widok na lasy
i błękitne wśród lasów jeziora
Przed zachodem powracają do domów
obmywają obolałe plecy
oglądają filmy z wartką akcją
przytulając nadzwyczajne kobiety
A w sobotę wszyscy ciągną do miasta
na rowerach, pociągiem lub pieszo.
Zaciągają się zapachem spalin,
wielbią gwar i ciasnotę wszelką
Zatopieni w fabrycznych wyziewach
odnajdują swoje kruche szczęście
i z niechęcią myślą o plantacji
srebrnych mchów, gdzie pracują ciężko
Kochanie
Tu
Nie przynoś bzu
Niech jego wonna chmurka
Z przygodnych rąk
Nie cierpi mąk
Niech kwitnie na podwórkach
Bo właśnie tam
Gdzie z mrocznych bram
Kamiennym chłodem wieje
Liliowy blask
Dostąpi łask
Da radość i nadzieję
Dzieciaki, ech
Przez wrzask i śmiech
Po bzie jak wróble skaczą
Bezpańskie psy
Kochają bzy
Pod nimi szlak swój znaczą
Wieczorem gra
Się, że kwa-fa
Dziewczynom na gitarach
Kto fajki ma
Kto urwie bza
Wiadomo, ten się stara
Porannych mgieł
I kocich pcheł
W tym miejscu, cóż, nie łapią
Szczęśliwy jest
Ten bez do łez
Co fioletowo kapią
Za parę lat
będziemy zawsze młodzi
Z pierwszej wiosny
uplotę huśtawkę
z chmur do chmur
przez śmiech jasny
wysoko
Cierpkim słońcem
wybielę schody
na werandę
znużonej jesieni
A gdy wreszcie
zakwitnie za oknem
Śniegokrzew srebrnocichy
będę Cię bardzo kochać
za te lata
przy Tobie tak piękne
Wisielec
Przez chwilę
zakpił sobie z życia
kołysząc się beztrosko
nad przewróconym stołkiem
Życie
Uchodzi za piękne
to życie
Mówi się że warto
I wszyscy chcą długo żyć
I szczęśliwie
I kochać
I zarabiać
Uchodzi z nas pięknie
to życie
Powoli
Niepostrzeżenie usuwa się z nas
Wysnuwa się delikatną smużką
że słabiej co dnia
że trudniej
że...
przytul mnie mocno
bo może damy radę
Może zdążymy jeszcze
I kochać
I zarabiać
Psiak
Uczysz mnie radości wspaniałej
rozpisanej na dzikie podskoki
z brawurowym pomieszaniem tempa
i skupienia
Uczysz smiać sie pełnymi oczami
do najprostszych zjawisk na ziemi
każdym pasmem słonecznym zachłyśnięci
wędrujemy
Nie chcę stracic ani jednych zajęć
Proszę nawet o tajne komplety
gdy twe łapki zawadiacko-dumne
prowadzą...
Fijoły
nie znoszę nowych mód
nie znoszę męskich bród
nie znoszę diety cud
i coli
nie cierpię kocich łkań
nie cierpię pism dla pań
nie cierpię zębów rwań
bo boli
uwielbiam piwa smak
uwielbiam pychy brak
uwielbiam spać na wznak
w hamaku
lecz nade wszystko "nad"
uwielbiam pieski świat
psią mądrość i psi ład
psi nos co tropi ślad
szaleńczy cwał pod wiatr
i wykluczenie zdrad
nie przeliczanie lat
ignorowanie wad
nie udzielanie rad
nie zostawianie zadr
i - już ostatni kadr -
spojrzenia szach i mat
Po ślubie
Ja nie miałam białej sukienki
I nie chciałam bawić się w dom
Wymyśliłam być wieczną zagadką
Choć na palcu obrączka
Zachwyciła mnie szarość Twoich oczu
oglądałam Twój uśmiech z każdej strony
Osłuchałam wszystkie milczenia
dokładnie, badawczo, ciekawie
Pomyślałam, że można inaczej
bez schematów i bez powszedniego
spojrzenia na rzeczy oczywiste
wytopić z życia nową formę
Liczyłam chwile nadzwyczajne
nie miałam chyba nawet czasu
by zrozumieć, że wszystko jednak
musi być tak jak przystało
Młodym
Nie prosiłam losu o tak wiele
Chciałam tylko spróbować miłości
Nie wierzyłam w chłopców, co przynoszą
smukłe róże - całkiem bez powodu
Nie wierzyłam w mężów-kapitanów
którzy znają wszystkie ciepłe prądy
i do głowy mi nigdy nie przyszło
by się kąpać w szczęściu
jak w szampanie
Miłość i zazdrość
Tam gdzie czas odmierzany księżyca wahadłem
Co uderza w poranka porcelanę bladą
Widzę, jak z pierwszym blaskiem na progu się kładą
Moja miłość i zazdrość z pękniętym zwierciadłem
Droga, którą odchodzisz na dnia krótką chwilę
Wirem jest najczarniejszym mojej trwogi wiecznej
Południa wypatruję, ciszy niebezpiecznej
której się tylko mglistym opłatkiem posilę
Cały dzień będę tkała z błahych słów ogromny
płaszcz ażurowo lekki dla niepewnych ramion
A gdy na słońcu zadrży sieć czerwonych znamion
zgaśnie chłodno i cicho mój lęk nieprzytomny
Z Twoich nagłych powrotów, co ptaków śpiew utną
i przyniosą modrzewiom przed domem wytchnienie
od bujania w obłokach, ja wezmę natchnienie
na miłość znowu młodą i na zazdrość smutną
O pewnej krainie
Gdzie jasność malowana prosto ludzką ręką
światło rozlewa dziwne nie do końca znane
ciągną zgłodniałe stada ciekawością gnane
łakome nowych blasków zachłanne na piękno
I step to czy wieżyca na wzgórzu na brzegu
gdziekolwiek się pojawia jednakowo wabi
rozpostarta szeroko niczym ogon pawi
przyziemne niepokoje zatrzymuje w biegu
Dobrze jest topić oczy w tej przestrzeni śpiewnej
gdzie kilka jest księżyców, słońca grzeją mnogie
brzaski zachody pełnie jak kamienie drogie
ozdabiają nieśmiało kruchość duszy biednej
Lecz zanim wyschnie całkiem strumień światła zbawczy
i zapanuje cisza najcichsza polarna
wschodzić rozkwitać proszą tajemnicze ziarna
ukradkiem w miękką ziemię wyobraźni padłszy
Co było co jest co będzie
Zapaliłam wysmukłą trociczkę
o zapachu rododendrona
Splatam dłonie i myśli zaplatam
w letnie wianki dla letniej miłości
Osypują się niezgrabnie płatki
wolno rusza procesja do pełni
prosto w gęste zwoje aksamitu ciepłej nocy
gotowej wybaczać
Jutro pewnie rumiany poranek
znów przez próg mnie przeniesie pogodnie
Pójdę sobie z podniesionym wzrokiem
szukać kulki księżyca stopniałej
aż zatrzymam się pod dziką morwą
i pochylę w lipowej poświacie
by położyć na otwartej dłoni
parę lepkich owoców dla ciebie
A ty powiesz
że raczej na pewno
na śniadanie wolisz zwykłą bułkę
z pocałunkiem niedbałym
a czasem
z kropką ciszy na dziurkach po serze
Papierosa powiesisz na ustach
i pomachasz chwilę lewą nogą
Sprawdzisz klucze, zegarek i portfel
czubki butów prowadzą na wolność
żółto zielony
Czemu spieszysz się
ciągle spieszysz
Już rumienią się zielone wiśnie
Nie musimy ścigać się z wiosną
Kto pierwszy
do czerwcowych wieczorów
W cichym lesie
nad złotawą strugą
jedwabiście rozgarniemy zieleń
ułożymy tam wszystkie zmartwienia
troskliwie
niech trochę obeschną
Ja wypiję żółtą lemoniadę
i w zadumie przygryzę źdźbło trawy
Ty poprowadzisz oczy
za zielonym żukiem
zazdroszcząc mu pancerza
Więc poproszę cytrynowe motyle
by tańczyły dla ciebie na puentach
bo ja sama tak przecież nie umiem
a tak bardzo
chcę cię rozweselić
Matka
Coś napomknął
o twardych regułach
z wykałaczką przy zębach
powiedział
że wypadło mu oko
w sygnecie
i że odda to vidio
w cholerę
Szarpnął nożem
plasterek łososia
Matka szybko
chlipnęła ze szklanki
łyk żubrówki
na kiego z tym sokiem
kostkę cukru wrzuciła do torby
A gdy znowu zadzwonił telefon
uwieszony u skórzanych spodni
obrzuciła praktycznym spojrzeniem
rozłożoną na kolanach serwetkę
Grochowskie bzy
Kochanie
Tu
Nie przynoś bzu
Niech jego wonna chmurka
Z przygodnych rąk
Nie cierpi mąk
Niech kwitnie na podwórkach
Bo właśnie tam
Gdzie z mrocznych bram
Kamiennym chłodem wieje
Liliowy blask
Dostąpi łask
Da radość i nadzieję
Dzieciaki, ech
Przez wrzask i śmiech
Po bzie jak wróble skaczą
Bezpańskie psy
Kochają bzy
Pod nimi szlak swój znaczą
Wieczorem gra
Się, że kwa-fa
Dziewczynom na gitarach
Kto fajki ma
Kto urwie bza
Wiadomo, ten się stara
Porannych mgieł
I kocich pcheł
W tym miejscu, cóż, nie łapią
Szczęśliwy jest
Ten bez do łez
Co fioletowo kapią
S
Satynowego szala świetlisty splot
Spowijający szczupłą szyję
Szóstym szelestem
Skusił szatana
Skulony śledził
Smukłą sylwetkę
Skreśloną skąpą suknią
Strzelał ślepiami
Szeptał szalone słowa
Szamotał się, szalał, szarpał sierść
Samczo smakował
Szczegóły świetnej szatynki
Szykował sprytny skok,
Sumował siły
Szampan szumiał
Suto skrapiał świecące szminki
Stał się sprawcą
Skrzących spojrzeń
Sekretnych salonowych spotkań
Skwarnej samby
Scalającej samotnych
Spłynął ...
Smolistym smokingiem strącił szkło
- schylony:
Schwycił stopę swej ślicznotki
Scałował sandałek,
Seks? - spytał szybko
- Słaby śmiech
Sperlił się słodko
Stanęły skoczne sutki
Spłonęła szerokim szkarłatem
Smagnięciem stłumiła
Stukot serca szarlatana
Spragnieni szukali siebie
Spalając sypialnie
Smagając skandalem
Struchlałą starszyznę
Stokrotnie symulowali szczytowanie
Szlochając
Skowycząc suczo
Srebrny szal
Symbol szyku
Sfrunął śliską smugą
Splątany smętnym supłem
Smutna szatynka siedziała sama
Spijając spienione szampany
Sandałek spadł
Starła się szminka
Służba sprzątała szurając stołami
Spaliłabym skręta- szepnęła satanicznie
-Spektakl skończony