Asasello - Poezja

@

A wiersz we mnie uparcie milczy czekając na pierwszy ruch wroga

dziś

po tygodniu wyszedłem z tunelu byłem brudny śmierdziałem ale tego dnia w parku kultury włączyli fontanny dzień był piękny słoneczny i ciepły - przed zachodem nie było nikogo uprałem skarpetki koszulę a potem spodnie i majtki - kąpałem się w tej fontannie dobrą godzinę w klombie przekwitłych forsycji rozwiesiłem ciuchy i sam nago zasnąłem w trawie i w tej nocy jasnej upalnej wyschło wszystko rano wstałem ubrałem się i wróciłem do żony

idę iść

za młoda za szczupła z za cienką kreską majtek powyżej spodni poniżej bluzki uspokajam się stroną z nekrologami przystanek wychodzę z tramwaju na skrzyżowaniu świętego ducha i dzierżyńskiego którego już nie ma po kwadransie jestem w niebie - zamknięte chwilę czekam a kiedy otwierają okazuje się że od wczoraj nie ma piwa dowiozą po szesnastej więc tylko mała czarna i dalej chwilę potem na pogrzebowej grupka dziewczyn i chłopaków pyta czy tędy do nieba mówię że tak i że nie ma piwa ale w to nie wierzą śmieją się i idą skąd wracam

autostrada

tu się zatrzymał. a hotel był marny. bo drogi. innego jednak w mieście nie było. nie było tez miasta innego. w pobliżu trzy wsie. we wsiach sklepy spożywcze. w nich kontenery po piwie. puste. jutro wszystko opisze. teraz bierze prysznic. letnia woda. małe mydło. za chwilę zejdzie do baru. wypije. nic nie zje. bo nic nie będzie. i nic nie będzie jeśli nic nie zje jeśli za chwilę wypije za małe mydło za prysznic że jest jutro wszystko opisze puste kontenery po piwie we wsiach sklepy spożywcze i wsie i wróci do miasta innego miasta nie będzie - będą drogi i wpół drogi hotel

TALIA

wołali za nią wariatka tu mówią to nie jest przypadek o siódmej dają zupę z krupami każą gapić się w okno choć tego nie mówią więc kiedy tylko można gramy w chińczyka i w dupę biskupa w szachy nie gramy bo nie chcemy grać w szachy z każdą jesienią nasze dłonie są gładsze podobno od leków ale my wiemy że to od kart teraz jest dobrze odkąd pomyliła pokoje położyła się obok przespaliśmy noc teraz się uśmiechają my też uśmiechamy się z nich

święty obrazek

wyciszone miasto. już tylko na dworcu piją alpagę. dobra jest bo jest. neon na rogu kruczej przestał pozować. ledwie mruga. reszta w kiosku. polewaczka polewa szare skrzynki na mleko. szkło przed podniesieniem. w budce nie ma słuchawki ani tarczy. jest napis chuj. bzykająca mucha. z zegara instytutu głuchoniemych na plac trzech krzyży spadają godziny.

pod światło

najbliżej pośrodku siedzi mój syn umarły i córka tak blisko że butem ona lewym a on prawym przydeptali brzeg szarfy za nimi siostra z mężem i dziećmi a obok na posadzce leży umarły łebek goździka w nawach umarła ciotka i siostrzenica z woskowym dzieckiem na ręku umarły Zbyszek z wojska pierwsza żona umarłe sąsiadki z przeciwka i inni umarli ksiądz święci umarłych wynoszą im kwiaty i idą pod lipami krok za krokiem a potem zasypują ich nade mną

gorzka wódka

za parkietem kącik ludowy z prawdziwym bimbrem ogórkami i smalcem ci starzy mężczyźni tak smutni kiedy tańczą zrezygnowani i ufni dziecięco szczerzy i stare kobiety z plasteliny starają przypomnieć sobie swoje kształty piękne są stare kobiety piękni są starzy mężczyźni na razie młoda zasłania mu oczy młody rzuca muszką za siebie

klepisko podwórka

kurze odchody pies na łańcuchu ujada kobieta leniwie przeciąga wzrokiem po grzbiecie kota na dachu zaglądam do studni sprawdzam czy te no gwiazdy czekają na mnie i jestem spokojny a dziecko we mnie tak ciche ciche najcichsze

teren

tu będzie stał dom. dwanaście pięter, sklep, fryzjer, trzepak w podwórku. w asfalt wtopiona ławka z suszącą się babcią. na razie żurawiem z omszałej studni wyciągam wiadro. zimna woda. pływa pająk i wyschnięte igły - chylącej się sosny.

Popiołki

dobrze się palą wyschnięte deski tej chaty cośmy ją dziś rozebrali najszybciej te z misternej koronki którą przez lata korniki tkały a trzeszcząc trzeszczą wchłonięte wrzaski trzeszczą rytmicznie trzeszczącym łóżkiem trzeszczą trzaskiem trzaskanych drzwi lecz drzwi zostawmy - są w dobrym stanie

brutto

palę piję nie mówię jak one: ojej bo jeszcze jestem bruno nie żaden sam pykam łykam w motelu ślicznym z różowym gankiem z wliczoną w cenę godziną pań a potem żony policzek głaszczę szczeniakom głaszczę dobre rady i koszulę głaszczę - białą jak nowy dzień

niespełniony poeta współczesny

serce słodkie słowo kojarzy się z piernikiem a ja chciałbym być rzeźnikiem

Panika

Tylko nagle w środku pobladłam Spokojnie Jeszcze chyba nic się nie dzieje Ledwie dziwnym niepokojem zakwitł Zapach tytoniu Teraz liczę spiesznie na palcach Skupiona Porządki w gorączce podejrzeń Grzech niegrzech od początku się zgadza Co do pigułki Chciwie słucham siebie od środka Napięta W trzęsawisku nocnych przebudzeń A różowe niebieskie kokardki Pod powiekami

Hair

ilu fryzjerów podcięło gardło swoim klientom nie wiadomo - statystyki milczą zresztą to bez znaczenia statystyki mówią męskich fryzjerów nie ma - są fryzjerki to konkludując zrywamy z Karolem akcyzę on tam - ze swojej Finlandii ja tu - z Absolwenta przyczulamy się przyczulamy ciepło do dobrze do bardzo dobrze zmrożonej Karol jest daleko po drugiej stronie naszej najlepszej panienki ja tutaj coraz bliżej coraz bliżej coraz bliżej drżącej ręki

krzesło

stoję na czterech nogach ustanowiony przy okrągłym stoliku w kawiarni Nowy Świat zaczyna się dzień pierwsza w oparcie wbija się sierść angorskiej kozy czerwona bladź na moich plecach plecami odciąża opiętą dupkę nawet jest miło wyszczypać kosmyk splotem rattanu choć marzy się spanking i mówią cicho i szepczą gwarnie dymnie się kruszą i chlapią winnie kończy się dzień z nogami w górze z tyłkiem na stole wszystko się dzieje od spodu pod spodem tylko guma do żucia

brama

człowiek śpi w bramie to dobra brama z widokiem na deszcz i sny są piękne bo śni się brama z widokiem na deszcz

światło

szkic domaga się wyjścia po którymś kolejnym kopniaku staczamy się razem ze schodów grzmi obok przekulał skrzypiący pinokio w rozdeptanej twarzy baczne oko mijamy w nocnym klimatyzacja ochroniarz zabija muchę plama na reklamie serka brie za szkłem za wagą aspiryna kondomy i wódka toczymy się przezroczyście w stronę światła ulicy wrzask kotów ze studni podwórka pazurem rozcina skroń - deszcz pachnie moczem

pada

ten pod oknem dzióbie obcy jak ja kiedy dzióbię w ciupciającym w stroszącym grzebień w biegającym bez głowy teraz płaci pali wychodzi przerzucam notes k wyjechała j w pracy e z kropką ma okres b dzwonię do b będzie w saskim za kwadrans szybko od tyłu za rzeźbą tancerki blisko dzwonki tramwajów syrena niebieski kogut palimy na ławce odjeżdża dwójką w bajce zamawiam setkę dają w pięćdziesiątkach wypijam pierwszą ten pod oknem dzwoni drugą za oknem głowy ludzi z przystanku zaczyna padać znikają pod parasolami płacę palę wychodzę

kołysanka teraz

jeśli leży to znaczy że się już położył więc czemu łkasz łkająca nuci w duchu teraz leży nachodził się wokoło teraz trwa i nie odejdzie więcej więc czemu łkasz łkająca nuci trwa

dokument

nie mogę wychodzić ze ścian z przestrzeni nie mogę ubywać bo kiedy tylko to widzę co się dzieje podpatrywałem przez dziurkę oka widziałem wisiołki widziałem jak czarownice poddawali bajkom teraz budują mur parawan pomiędzy salą sto sześć a pustą kartką bym mógł wyrywać się z pasów bo bogu dzięki są pasy i jest siostra beata ocalała z bajki dziś wpatruja się we mnie jej zielone oczy

zdrapka

krzyk. krzyk. to spada płaszcz. ciężko spada. pełny płaszcz. pełny paszcz. spada długo. krzyczy w okna. janka płaszcz. płaszcz się janku. płaszcz. i zdrap.

za grosz rozsądku

rzucam grosz a potem jeszcze dwa żebyś wierzyła we mnie kiedy odchodzę obce miasta spadają po obu stronach szos jak błyszczące krążki zatapiane w czarnych fontannach któreś z nich musi być na szczęście

oddział

kółeczka wózeczka dowożą zupę na oddział salowej smak szaro szaro pod łóżkiem skórka jabłka niczym jesienny sad kółeczka wózeczka wywożą liście z pokoju cicho cicho zamknięty czas

zdrapka

krzyk. krzyk. to spada płaszcz. ciężko spada. pełny płaszcz. pełny paszcz. spada długo. krzyczy w okna. janka płaszcz. płaszcz się janku. płaszcz. i zdrap.

parno

ten pod oknem dzióbie obcy jak ja kiedy dzióbię w piejącym kogucie w ciupciającym w stroszącym grzebień w biegającym bez głowy teraz płaci już trawi pali wychodzi wychodzę ginie mi przerzucam notes K wyjechała J w pracy E z kropką ma okres B dzwonię do B będzie w saskim za kwadrans szybko od tyłu za rzeźbą tancerki blisko dzwonki tramwajów syrena niebieskie błyski koguta palimy na ławce odjeżdża dwójką w bajce zamawiam setkę dają w pięćdziesiątkach wypijam pierwszą ten pod oknem dzwoni wypijam drugą za oknem widać głowy ludzi z przystanku zaczyna padać znikają pod parasolami

nocnik

7 maja na ocznym pod piątką znów była awantura - Roman ten z wydłubanymi oczami właściwie z jednym wydłubanym bo na drugie od urodzenia nie widział więc Roman z tym wydłubanym przez żonę okiem za które zresztą siedzi znaczy żona Romana od miesiąca czyli od kiedy we śnie wsadziła Romanowi w oko widelec zresztą Roman też będzie siedział ale dopiero kiedy wyjdzie więc była awantura bo Roman rozpieprzył z premedytacją żarówkę w biały dzień bo mu grzała jak twierdził w głową a to była testowa oczywiście oczywiście żarówka której nikt widzieć nie powinien - wpadła z hukiem siostra Renata ta Renata Reneta za chwilę ordynator a potem klawisze - ot symulator! z wrzaskiem Romana symulanta wywlekli - niby na badanie dna żółtej plamki i innych tam i Roman już nie wrócił - widać widział a mnie szlag trafił za ten nocnik co co noc mu a właściwie i w dzień przynosiłem 6 maja od kiedy wywlekli Romana czekamy wszyscy na awanturę ktoś ukradł siostrze Renacie całą torbę jabłek z dyżurki 5 maja torebkę po jabłkach znaleźli u Romana w izolatce 4 maja znów przewrócił się nocnik

zachęcam

W galerii Zemsta dziś popisk tytułów Baron z Kawałków wystawił tułów Jelita w brawach - w bramach zachęta Skroi się z wałków kilka kawałków - a ja tu obok na razie zamawiam bitkę wołową

balladka prozaiczna czyli tryptyk nierównoramienny

I "Zlew" od piątej przelewa się krzykiem, przez ręce przelewa się szatniarz i Janek z okładki przelewa ze szklanki rozmiękłe fusy drugiego parzenia. Zielonowłosa salowa z Płockiej nadstawia słoik - szykuje nakrętkę. Spod drzwi do kibla wypływa szczyna; wąskim strumykiem wpływa pod bar - pod barem miesza się z piwem; beczka rdzewieje w kałuży. I z taką na ustach rytmiczną frazą zasiada do stołu adonis z odzysku: "byłem i jestem, i będę pieskiem" - zapisał na skrawku serwetki - zamerdał ogonkiem na sukę w drzwiach -- ta odszczekała pstryknięciem palców - pstryknięcie też zanotował. A potem już nic nie pamięta. Nad ranem tylko w kartkę zmięty leżał w szczynę pstryknięty. II Nad ranem z niewydepilowaną szczotką przyszła salowa z Płockiej. Kucnęła nad kartką - kartkę szczotką zmiotła, szczynę ścierką wytarła - ścierę wyżęła i o dziewiątej już była u fryzjera. Tam dla Brzechwy skończyła bajkę - Brzechwa po bajkę miał przyjśc po fajrancie - z takim nazwiskiem, z imieniem Janek musiał co dzień mieć kilka bajek. I przyszedł Janek; fryzjer dokleił mu pejsy, Zielona bajkę oddała. I poszedł Janek na piątą do "Zlewu". Potem nad ranem leżał pstryknięty. III Przed świtem szatniarz idąc do domu nadepnął kartkę. A kartka była z numerkiem piątym. Wrócił do "Zlewu", numerek na haku powiesił - na kark zarzucił fryzjera.

brama zielona jak gęś

jaramy trawę pokątnie w bramie choć w bramie kątów nie widać wcale w bramie jest rura i z rury kapie - tylko nas tyle łączy ze światem ja jestem mały ty jesteś duża a teraz zmiana - z paluszków w usta w ustach się zmienia zagadka świata w prostą odpowiedź syntezy światła na zewnątrz świeci i świeci w środku - i nagle wtrącił się sam Pan Tarhei: na zewnątrz świeci i świeci w środku? - więc mnie się chyba coś tu pierdoli

Rondo 2CV

Facet na rondzie potrącił kaczkę. Widziałem wszystko z okna tramwaju; Nawet nie zwolnił, skręcił na Pragę. Na karb upału chyba to kładę, Zwłaszcza, że upał większy niż w raju. Przechodnie z jezdni zepchnęli kaczkę I teraz kaczka dyszy na skraju. Zaraz już do niej wyciągnie łapę Facet na rondzie. A czas upływa, a ja się gapię, Jak zresztą wszyscy z tego tramwaju, Bo motorniczy pomylił trasę I chyba nie wie w jakim jest kraju. Na razie w ciszy studiuje mapę Facet na rondzie.

trzydzieści dziewięć i dziewięć

mam bardzo piękny termometr taki wysmukły i szklany - właśnie się stłukł a gorączka jak chińczyki i już wszystkim rybom w akwarium wyrosły długie rude włosy króliki rozbiegły się i mnożą kalkulują a palnik składa błękit w modlitwie i wszystko istnieje smuga światła wyjmuje z siebie przedmioty i nawet przyszedł święty mikołaj i przedstawił się: Mikołaj - bardzo bardzo wyraźnie zapamiętam zapamiętam sukinsyna

miniaturki

klamka bez drzwi w mojej dłoni łuska wzdłuż brzegu schną wyłowione ryby brzuchy pęcznieją pierwsze przymrozki myszy wracają z pola w domu senny kot podwójne okna zaparowane szyby pająk pomiędzy słońce topi krę toną zwierzęce ślady ruszyła rzeka przed samochodem odmawiają różaniec kluczykami wypisuję linijki pokracznym pismem reszta taka sama Marznące drzewa Na zimowym cmentarzu On okryty snem jesienna harfa wiatr szarpie smugi dymu nad kartofliskiem na stole wazon za oknem bieli się sad gałązka w wodzie upalne lato na cembrowinie studni brązowa żaba spalona trawa żaba skacze do studni żuraw się chyli gorący wieczór na tacy filiżanka z chłodną herbatą noc duszna parna we śnie stare księżniczki gonią żurawia poza czasem postać

To nie ja

No i znalazłem wreszcie zagajnik w którym spokojnie rozłożyłem zeszyt Gdzieś nieopodal krakało ptaszysko na skraju chyliła się sosna Daleko daleko był mój psychiatra i cała ta szopka Bo cóż to była za szopka skoro w niej nie rósł żaden zagajnik I cóż to był za psychiatra skoro przestraszył go zeszyt A przecież straszniejsza jest sosna i to kraczące ptaszysko Teraz tu tylko kracze ptaszysko w oddali pali się szopka a straż nade mną trzyma sosna Wokół szumi zagajnik przede mną leży zeszyt i daleko daleko jest mój psychiatra Marny psychiatra - lepiej od niego straszy ptaszysko dziobiące zeszyt Dla niego dziś moja szopka to z pewnością zagajnik a ja pilnująca go sosna I ja - dziurawa sosna i mój dziurawy psychiatra to dla ptaszyska zagajnik Łakomie patrzy na nas ptaszysko - przytulna szopka Pojemny dla niego mam zeszyt - Twój zeszyt i twoja sosna to tylko szopka - mówi psychiatra a ja widzę krążące ptaszysko i z psychiatry wyrastający zagajnik Mój zagajnik - w nim zeszyt i moje ptaszysko i moja sosna pod spodem zaś psychiatra i ta spalona szopka

kukam chałupkę

akwarela podgotowana na czarno a że ligary nie kiepskie to wykitrałem cały plater jeszcze cegłę utrzeć na oko oko musowo czerwone za dewizy tylko zataksować trzeba glanc drzazgę kopsnijta fajki mówię do dwóch maślaków w gajerach nie trzęśta sie z wypiski oddam po tyrce a oni po ćwiekach sie grabią i chrypią: ni ma no chyba się bajtnę na kratę - trafili mnie dolatorzy! mam bełd mówię a oni nic wiosłują periodówkę z bercami w samary pchają popaprańcy więc przyjdzie budować wystawkę bo jak tu przy nich ckliwić z mariolką lipnąłem w blindę atanda i zeks połyk na kocioł przyprawiać będę kotwicę albo binglem w białaczkę się rozpisywać a ten co w blinie szamał jak jakaś trasówka mnie na to: w taką przystojną pogodę? chała - tego nie zniosę kuknąłem w ruinę przyknajał dynksiarz i cynkwajs mu podsypałem na frajerzycę za te cytryny co będzie ściskał nagiął klawiszy knipą z sztukami a oni zaraz wywlekli mućków do betlejemki i już o koksie na twardym miękną w manylach cwajnos załatwi im jeszcze oklap a może za browar nawet cegielnię teraz spokojnie podług wzoru na swojej piersi kuję kukułkę z czerwonym okiem

odchodząc

przekażmy sobie numery kwater